SKPG Kraków - Echa dawnych wypraw - Ukraińskie reminiscencje


SKPG Kraków
- Kontakt
- Historia
- Regulamin
- Władze
- Członkowie
- Przewodnicy
- Strony www
- Adresy mailowe
- Rzutnik multimedialny
- Banery kołowe
- Skrypty szkoleniowe
(dostęp ograniczony)


Działalność
- Aktualności
- Weekend w górach
- Góry po robocie
- Góry na żądanie
- Góry dla zabieganych
- Korona Pogórzy
- Bazy, chatki
- Obozy wakacyjne
- Slajdowiska
- Kalendarz SKPG
- Imprezy
- Konkurs całoroczny
- Wydawnictwa
Kurs przewodnicki
- Informacje ogólne
- Regulamin szkolenia
- Egzamin państwowy
- Kurs starszy
- Kurs młodszy

Z życia Koła
- Protokoły z Zarządu
(dostęp ograniczony)

- Komunikaty Zarządu
- Beskidnik
- Galeria zdjęć
- Tam byliśmy
- Śpiewniq
- Echa dawnych wypraw
- Zniżki
- Linki

Akty prawne
- Rozporządzenie ministra gospodarki w sprawie przewodników turystycznych i pilotów wycieczek
- Ustawa o usługach turystycznych


Atlas roślin górskich


Jeżeli chcesz otrzymywać informacje o naszych wyjazdach, slajdowiskach i innych górskich imprezach to wyślij do nas pustego maila na adres .


  Echa dawnych wypraw

Ukraińskie reminiscencje z sierpniowej wyprawy 2002

Wrócił. Wyprawa, o której mówił od miesięcy, na temat której snuł marzenia i plany, do której przygotowania zajęły większość czasu w ostatnich dniach przed jej rozpoczęciem, stała się faktem.

Ukraińskie Karpaty Wschodnie i dawne twierdze Rzeczypospolitej zostały przedeptane i zwiedzone. Cóż, może nie każda grań i nie wszystkie fortece - ale ogólny obraz powstał i czeka tylko na przywołanie. Wystarczy przymknąć powieki...

* * *

... rozciągały się piękne widoki. Po głęboko błękitnym niebie ścigały się rzadkie cumulusy.
- O, widzę cirrusa! - krzyknął rozentuzjazmowany Robert wskazując na bliżej niezidentyfikowany obiekt na nieboskłonie - jest wyraźnie zakrzywiony na końcu!
- Cirrus na niebie, pogoda się może popsuć - sentencjonalnie podsumował Góral poprawiając rzemyki od plecaka.
- Nie ludkowie, to nie ten cirrus. Tamten od pogody jest inny - uśmiech na twarzy Brzozy był pełen satysfakcji, choć nieco przysłaniała go powstała w ciągu ostatnich tygodni bródka.
- Ależ ten Świdowiec jest piękny. A jaki plastyczny! I ciągle nad lasem! Niesamowite! Piękne! Powalające! - po raz setny powtarzał Cienki, obracający się na wszystkie strony.
- Czy nam aby nie jest za dobrze? - charakterystyczny glos nie pozostawiał wątpliwości co do tożsamości jego właścicielki.

I rzeczywiście, było się czym zachwycać. Wokół roztaczało się morze gór. Wzdłuż głównego grzbietu Świdowca biegła wyraźna ścieżka, do której dostać się można było po jednym z wielu ramion wysyłanych przez pasmo na północ i południe. Wiodącą barwą była złocistość miodu - wszechobecne połoninne trawy nadawały ten kolor dalej odległym grzbietom. Gdzieś - jeszcze daleko na horyzoncie - majaczyła Bliźnica, która była celem dzisiejszego odcinka.

Od czasu do czasu mijali innych wędrowców, którzy korzystając z wolnego od pracy Dnia Niepodległości wybrali się na wycieczkę.
- Ha, to pewnie nasi, bo mają kijki - Robert wskazał na parę zbliżająca się do grupy z przeciwnej strony. I rzeczywiście, już wkrótce przywitało ich gromkie "Cześć". Zastanawiające, jak po sprzęcie można poznać czy mijająca osoba jest wędrowcem - tubylcem czy przybyszem zza granicy.

Dzień był przepiękny. Ostatni odcinek w górach był ukoronowaniem wszystkich poprzednich. Delikatne chmurki. Wietrzyk gładzący opalone lica. I góry, góry, góry. Gdzie wzrok powędrował, tam napotykał na obłe kopy, jakże karpackie. Wszystko ponad lasem, wydawałoby się w zasięgu ręki. A nad nimi tylko kruki, które często patrolowały okolice. Sielanka - jakże łatwo można zapomnieć, ze nie zawsze tak było...

* * *

... woda wlewała się wszędzie. Uparcie wyszukiwała najmniejsze dziurki i nieszczelności w ubraniu i natychmiast pojawiała się w miejscach, o których jeszcze przed chwila sądził, ze były suche. Kurtka, nosząca dumne miano nieprzemakalnej - wszak to goretex - już dawno zmieniła się w płachtę mokrej, przylegającej do ciała materii. Tysięczny raz poprawił plecak, któremu jeszcze niewiele ubyło z ciężaru, jaki miał na początku wyjazdu. "Przecież to dopiero czwarty dzień" - pomyślał z przekąsem zaciskając wargi w bezsilnej złości. Kolejna kropla potu powoli ściekała po czole docierając do brwi i nieprzyjemnie łaskocząc. Jednak kijki, które od czterech godzin trzymał w rękach nie pozwalały na łatwe jej otarcie.

Deszcz padał od czterech dni. Padał nieprzerwanie, objął w posiadanie cale Gorgany zasnuwając je nieprzeniknioną szarością. Tylko czasem gdzieś daleko - i wysoko - kurtyna wody na chwile rozrywała się ukazując wyniosłego giganta.

Ich celem była Popadia - ale nie mogli do niej dotrzeć. Nie w takich warunkach. Uparte próby podejmowane w kolejnych dniach skazane były na niepowodzenie: mimo graniczącego z szaleństwem wdrapywania się na mokre głazy, mozolnego przedzierania przez krzaki kosówki, niepodzielnie panującej tu na wszystkich zboczach, dreptania po nielicznych drogach, rozmokłych i spęczniałych od wody, zawsze schodzili na nocleg w bezimienne doliny przepełnione szumem wezbranych potoków.

"Dobrze, że chociaż buty mam jeszcze suche" - pomyślał w przebłysku irracjonalnej radości.
- Ludkowie, schodzimy potokiem do chatki, gdzie dziś nocowaliśmy! W prostej linii to nieco ponad 2 km - Brzoza zakończył kilkuminutowy ceremoniał odprawiany co jakiś czas ze swoim elektronicznym pupilkiem, najnowszej generacji odbiornikiem sygnałów GPS, następcą poprzedniego, który został wyprany w polarze.

Kolejne osoby przed nim wchodziły w mocny nurt niepozornego zwykle potoczku, który jednak tym razem sięgał, bagatela, do połowy łydki. Szkoda, ze buty kończyły się nieco ponad kostką.
Usta zmieniły mu się w wąską kreskę.

* * *

- Czy nam nie jest aby za dobrze? Powiem wam, ze takich dobrych rzeczy to w domu nie jadam - Kulka jak zwykle głośno okazała swój entuzjazm.
- No, tej zupy porządna restauracja by się nie powstydziła - ocenił Ryszard biorąc próbkę ziemniaczanej do ust.
- Brzoza, kurna, jedzenie gotowe!!!!! Chodźże wreszcie!!! - Becia przypomniała o swoim istnieniu, jednocześnie mieszając drugi już sos grzybowy tego wieczoru, kurkowo - rydzowy. Pierwszy, borowikowo-podgrzybkowy, czekał na rozlanie w jednym z licznych kociołków, w które zaopatrzona była grupa. Punktem kulminacyjnym tego wieczoru była jednak Zupa Ziemniaczana, z prawdziwych ziemniaków otrzymanych od kopiących siano Hucułów. Roztaczała ona aromat godny królewskiego stołu, który natrętnie wkręcał się w nozdrza, i wydobywał różnorakie tonacje wszelakiego burczenia z brzuchów wygłodniałej młodzieży.

Królową kociołków, menażek i sztućców była bowiem Ona, powiernica najgłębszych tajemnic Szefa Kursu i pogromczyni co bardziej rozwydrzonych kursantów - Beata zwana Becią. To ona dyrygowała co wieczór składnikami noszonej w plecakach kuchni, wyczarowując z pozornie niepozornych półproduktów: konserwy turystycznej TESCO, makaronu TESCO względnie ryżu TESCO lub kaszy TESCO, sosów grzybowych, myśliwskich zakupionych - tu niespodzianka - w TESCO, oraz przypraw z magicznego czerwonego pudełka - o proweniencji przeważnie a la TESCO - podstawę wyżywienia - BRYJĘ.

Wtedy jednak trafiło się im coś więcej. Rodzynek, który jak błyskawica rozświetlił monotonię BRYI. Perełka stanowiąca przysmak i pieszczotę dla podniebienia. To była właśnie ona - Wspaniała Zupa Ziemniaczana, o której opowieści niech krążą długo i przechodzą na następne pokolenia. Nawet krytyka sosu borowikowo-podgrzybkowego, która wysunął Ryszard porównując jego wygląd - ale tylko wygląd - do kloaki, nie zdołała zepsuć nastroju i ogólnego poruszenia wywołanego przez Żupę.
Niech żyje Zupa Ziemniaczana na Przełęczy Legionów!

* * *

Wiele jeszcze innych wydarzeń i sytuacji miał przed oczyma, piorąc po przyjeździe w pierwszy dzień września śpiwór. Zastanawiał się, które najlepiej opisałyby wyprawę...

... - W tych pięknych okolicznościach, w jakich się znajdujemy nie pozostało mi nic innego, jak podsumowując niedawno czynione starania powiedzieć: smaaczneegooo! - rozpoczął kolejny posiłek Brzoza.
- Bum bum bum bum, Panie Jezu, nasze słonko, bum bum bum bum pobłogosław to jedzonko bum bum bum bum - zgrabny dwuwiersz rozbrzmiał dźwięcznym echem wśród szczytów i dolin...

... - Jola trochę na prawo, o tak, dobrze, Kuba kroczek do przodu, Jadzia przysuń się do Moni, Iwona uśmiechnij się, Tomku mógłbyś odrobinę unieść rękę?, dobrze, no już prawie, no może jeszcze Agnieszka z Bartkiem troszkę w lewo, Marku nie podskakuj przez momencik, hmm, no chyba już będzie dobrze, Kasia ciut do tylu, Justyna dwa kroki po skosie na południowy-wschód, kochani, jest dobrze, uwaga aa, robieeee...ojej, poruszyło mi się...

... kaszka z rodzynkami, crunchami i jabłkami w pierwszy poranek...

... - Bielaja Bierioza, ja tiebia lublju!!! - kolejny refren granej właśnie piosenki przypomniał im, że restauracja "Bieriozka" w Kamieńcu Podolskim bez ochybki należy do ulubionych lokalów gastronomicznych Brzozy...

... "[...] Odnosić się do Hucułów życzliwie, gdyż ogólnie na to zasługują, pozyskać ich. [...] Nie depczmy bezmyślnie łąk kośnych i zagajników, nie płoszmy zwierzyny. Tylko w ten sposób zjednamy sobie życzliwość gazdów i leśników. Nie rozniecajmy ognia w lesie ze względu na niebezpieczeństwo pożaru. [...] nie rozrzucajmy czerepów szklanych. Nie niszczmy schronów i szałasów paleniem inwentarza. [...] miejmy wzgląd na sąsiadów. Nie mąćmy im spoczynku nocnego, który jest konieczny do pokonania trudów wycieczki"...

... kaszka z rodzynkami, crunchami w drugi poranek...

... nagłe szarpnięcie wagonu wyrwało go ze snu. Podniósł opuchnięte powieki. Dopiero w blasku wstającego dnia zobaczył specyfikę ukraińskich pociągów: brak przedziałów, duże pakunki, wszędzie milczący ludzie leżący na dwupoziomowych leżankach podwieszonych przy ścianach wagonu po lewej i prawej. Za oknem powoli - bardzo powoli - przesuwał się krajobraz...

... kaszka z rodzynkami, crunchami w szósty poranek...

... coraz bliższe grzmoty zmusiły ich do rozbicia obozu niewiele poniżej grzbietu, na niecce zasłoniętej od południa zboczem, na której trawa walczyła o przetrwanie z krzakami borówki i kosodrzewiną. Skarlałe świerczki posłużyły jako opał na ognisko, kamienie pozbierane z najbliższej okolicy ułożone zostały w kopczyki podtrzymujące jagę. Parę kilometrów dalej na północ szalała burza. Rafajłowa zniknęła w zasłonie deszczu. Nad nimi świeciło słońce. Za chwilę zobaczyli potężną tęczę opierającą końcówki swego łuku o las poniżej. Połonina Czarna roztaczała przed nimi swe uroki...

... kaszka z crunchami w dziesiąty poranek...

... ostatnie kilka kroków wydźwignęło go na szczyt Bratkowskiej. Spojrzał na wschód i zobaczył ją. Rysowała się niewyraźnie, jako daleki ale potężny, szary w przedpołudniowym słońcu wał. Wyraźne wypiętrzenie już wkrótce zidentyfikował - to Pietros!. Majestatyczna, cicha i nieruchoma - ale budząca szacunek swym ogromem. Obiecująca długą wędrówkę nieskończoną połonina rozciągnięta po horyzont. Czarnohora. Tym razem się nie udało - jednak jeszcze tyle wakacji przed nim...

... kaszka w dwunasty poranek...

... Buczacz, Skała Podolska, Chocim, Kamieniec - cztery miejsca, cztery zamki, cztery świadectwa minionych czasów. Stare słupki graniczne z orzełkiem w koronie i data 1923. Ludzie mówiący po polsku, rozumiejący polska mowę, mający rodzinę w Polsce. Polskie kościoły, krzyże z polskimi napisami. Cichy cmentarzyk Legionistów pod przełęczą Legionów...

* * *

Tyle miejsc, tyle wydarzeń i wspomnień. Pozostał klimat, zdjęcia i pranie na sznurkach. I myśl, uporczywie krążąca w głowie: "Tam trzeba wrócić!"

Marek Cienkiewicz    




webmaster :Paweł Kula